Brugia – moja miłość

Zaczęło się od…Colina Farella. Irlandzkiego aktora, w którym podkochiwałam się jako nastolatka a jego plakat wisiał na ścianie mojego nastoletniego pokoju, w moim rodzinnym domu. I prawdę mówiąc – choć do Colina Farella mam już zdecydowany dystans – wisi w nim do dziś. Śledząc więc z przejęciem jego prywatne i zawodowe losy, któregoś dnia trafiłam na film "In Brugia" (w Polsce funkcjonującym pod dziwacznym tytułem "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj") w reżyserii Martina McDonagha. Farellowi towarzyszył tam m. in. równe znakomity Ralph Finnes. "In Brugia" to kameralna komedia kryminalna. Zapadająca w pamięć (więcej nawet – zapadająca głęboko w duszę) i czasem nieco…surrealistyczna. Dokładnie tak, jak Brugia – belgijskie miasto, na tle którego rozgrywa się ten film.
Film, a raczej ukazana w nim Brugia, zachwyciła mnie prawie tak, jak Colin Farell. I obiecałam sobie, że odwiedzę to miasto przy pierwszej, nadarzającej się okazji – co też wkrótce uczyniłam, i to nie jeden raz. W Colinie w końcu się odkochałam. Brugię kocham do dziś. Śmiem, wręcz stwierdzić, ze odkochałam się w Colinie na rzecz Brugii – tak bardzo mnie bowiem zaabsorbowała. Nie bez powodu nazywa się ja "perła Belgii" czy "flamandzką Wenecją". Choć uważam, że przewyższa Wenecję urodą a na pewno tajemniczością. Kręte uliczki, kunsztowne pomosty, kanały… I to niesamowite, jedyne w swoim rodzaju a zarazem trudne do nazwania "coś". Przyjedźcie tam koniecznie – może się spotkamy…